sobota, 22 grudnia 2012

Błogosławieni słuchający

Współczesny człowiek stał się nadajnikiem. Kto nie mówi, nie pcha się na afisz, nie istnieje. Ludzie cisi, milczący nie mają czego szukać w wielu kręgach, a w najlepszym przypadku traktowani są jak nudni dziwacy. Przyglądając się programom telewizyjnym z gatunku „rozrywkowych” jak i publicystycznym można dojść do smutnego wniosku- nieważne co, ważne abyś mówił. Również w dyskusjach prywatnych coraz częściej brakuje wysłuchania argumentów drugiej strony, a górę bierze chęć zagadania rozmówcy. O skutkach tego stanu rzeczy nie trzeba wiele mówić- ot, brak zgody, niezrozumienie, niedomówienia itd. Niestety owo ciągłe nadawanie wkrada się do Kościoła (a w zasadzie już się wkradło). Koronny przykład- adoracje Najświętszego Sakramentu. Bardzo często wyglądają one następująco- głośna modlitwa, śpiew, modlitwa, ktoś przeczyta jakieś rozważanie, śpiew i tak w kółko bez chwili przerwy, bez wytchnienia. Jeśli dodamy do tego głośne granie pseudorockowych zespołów to dramat jest gotowy. Oczywiście adoracja jest momentem uwielbienia Boga, powinna być radosna, ale czy chodzi w niej o to, aby Boga zagadać i zaśpiewać? W tym momencie cofnijmy się do przeszłości, do Pierwszej Księgi Samuela. W dobrze znanym fragmencie Bóg przemawia do Samuela. Ten, myśląc, że woła go Heli udaje się do niego. Heli po kolejnej wizycie Samuela spostrzegł, że to Pan woła młodzieńca i przekazuje mu słowa, które ma wypowiedzieć, kiedy wołanie się powtórzy. Tak też czyni Samuel odpowiadając na wołanie: "Mów, bo sługa Twój słucha". Bóg przychodzi do Samuela, a ten nie zasypuje go gradem pytań, nie ma miejsca żaden słowotok. Po prostu zamienia się w słuch. Wracając do adoracji- w tym momencie przychodzi do nas prawdziwy Bóg. Ten sam, który wołał Samuela. Wobec Jego potęgi i majestatu jedyne słowa, które w tym momencie powinny paść to: „Mów Panie, bo słudzy Twoi słuchają”. Oczywiście, nie ma nic złego w tym, gdy podczas adoracji pojawi się jakaś pieśń czy zostanie odmówiona głośno modlitwa, ale ważne jest zachowanie odpowiednich proporcji. Bo nie chodzi o to, by po adoracji mieć poczucie, że wszystko poszło wspaniale, bośmy się namodlili, naśpiewali i gardła mamy zdarte. Chodzi o to, by po wyjściu z kościoła  móc powiedzieć: „Bóg do mnie przemówił”. Adoracja- to czas uwielbienia oraz radości i może w ramach owego radowania warto wziąć sobie do serca słowa Williama Szekspira:
„Milczenie jest najlepszym tłumaczem radości, bo małe jest szczęście, które można wyrazić słowami.”

czwartek, 6 grudnia 2012

Stój! Strój!

Wakacje w pełni, sezon urlopowy trwa w najlepsze i jak zwykle powraca jak bumerang temat właściwego stroju osób uczestniczących we Mszy Świętej. Problem niestety nie dotyczy tylko miejscowości turystycznych, gdyż ową paradę w strojach plażowych zauważyć można również w miastach, niemniej nasilenie tego zjawiska można zaobserwować szczególnie w nadmorskich i górskich kurortach. Wielu z nas oburza widok skąpo ubranych kobiet i mężczyzn uczestniczących we Mszy Świętej. Niestety najczęściej na owym oburzeniu się kończy. Część z nas jest nawet w stanie zaakceptować ten stan rzeczy, bo ciepło, bo wakacje, bo nie popadajmy w skrajności itp. Osobiście uważam, że problem odpowiedniego stroju na liturgii dotyczy nie tylko sfery zewnętrznej. Bardziej dotyka on tego co w środku, strój niejako stanowi odpowiedź na pytanie „co dla mnie jest ważne?”. Czy osoba, która w skąpym stroju pojawia się na Mszy Świętej, pojawiłaby się w takim stroju na rozmowie o pracę odbywającą się w trzydziestostopniowym upale? Z pewnością nie. Każdemu człowiekowi zależy na dobrej pracy i choćby przez szacunek dla przyszłego pracodawcy nie wypada się pojawiać na rozmowie w stroju kąpielowym. W tym momencie należałoby zadać pytanie, czy Eucharystia jest dla takiej osoby ważna, skoro strój w którym na niej się pojawia niczym nie różni się od tego, w którym chodzi po plaży, grilluje i gra w piłkę. Oczywiście nikt nie wymaga, aby na wakacje wozić ze sobą całą garderobę. Jestem natomiast przekonany, że w każdej walizce lądują ubrania zakrywające to i owo, a niedziela jest dobrym czasem by je wykorzystać. Dużą rolę w materii właściwego ubioru powinni odgrywać księża. Niestety najczęściej kończy się na kartce powieszonej na drzwiach kościoła z obrazkiem ukazującym jaki strój jest niepożądany. Ktoś może w tym momencie powiedzieć, że takie „czepianie się” o strój nie przyniesie nic dobrego a nawet spowoduje, że niektórzy mogą w kościele przestać się pojawiać. Oczywiście takie ryzyko istnieje, ale wymagać trzeba, bo idąc tym tokiem myślenia powinniśmy też okroić Dekalog, aby przypadkiem kogoś nie urazić. Wiele jest powiedzeń dotyczących stroju, m.in. „jak cię widzą tak cię piszą”. Na podstawie moich obserwacji powiedziałbym więcej- Twój strój odzwierciedla Twoją hierarchię wartości, pokazuje co/ kto jest dla Ciebie ważne.

P.S. Post jest przeniesiony z mojego starego bloga, na szczęście zimą ten problem raczej nie występuje;)